poniedziałek, 4 lipca 2011

#twenty one Z serii po pracy nr 3

Poniedziałek to dzień, w którym postanowiłem uzyskać zdecydowana przewagę w rywalizacji ja kontra Peshoo. W tym celu chciałem posiłkować sie obietnicą zwiedzenia drogi technicznej wzdłuż AOW, którą nieopatrznie złożyłem Krzyśkowi. Po ciężkiej pracy udałem się cały w skowronkach, aby zdobyć trasę , którą Krzysiek nadkładając kilometrów podąża do pracy. Łatwizna, miałem się tylko nie zgubić i z łatwością byłbym liderem.
Poszło jak z płatka.
Owa droga nie jest całkiem prosta, czasem biegnie po obydwu stronach AOW, i dzielą ją głębokie rowy kanalizacyjne  Objeżdżając taki rów wpadłem w błoto, było to takie błoto, że już potem nie  mogłem wpiąć butów w zatrzask. Co tam potem pojechałem drogą  donikąd , która prowadziła na wojskowe lotnisko i musiałem się wrocić.
Krotko jechałem drogą do Smolca a potem prułem już techniczną wzdłuż obwodnicy, przebyłem tory kolejowe i przez pole dojechałem do Zabrodzia od południa. Szczęśliwy zobaczyłem polną drogę w kukurydzy , która prowadziła wzdłuż AOW. Faktycznie źle wybralem jednak stronę po której maiłem jechać. Wyobraziłem sobie, ze wyląduję na drodze do Wałbrzycha, za autostradą i powrót umożliwi mi przewagę w rywalizacji z Peszem. Pojechałem.
Polna droga przy polu kukurydzy, które kończy się przy Auchanie straciła wymaganą twardość.
Pierwszy objaw był taki:


Nawet się trochę ucieszyłem, to pierwsze błotko przed Smolcem, to był pryszcz przy tym, co było teraz. Czułem, że przede mną na łuku autostrady czaiła się przygoda.
Przygoda w powiększeniu:

Ale chwilę później, gdy przebyłem łuk, i jak okiem sięgnąć widać było tylko błotnistą drogę oddzieloną od autostrady ciągnącą się w  nieskończoność siatką zrozumiałem, że przegapiłem zjazd/wjazd z autostrady na AOW. Powinienem był być teraz gdzie indziej.
Rower już od dawna nie jechał, ważył pewnie ze 25kg błota i ciągnąłem go za sobą. Tym razem przygoda mnie pokonała. Musiałem wrócić, ciągnąc rower, gdyż już od dawna nie jechał, nawet obłożny błotem zblokowany łańcuch nie chodził jak należy.



Nieco poźniej rower wyglądał jeszcze grubiej, ale nie miałem już jak robić zdjęć - za dużo błota na rękach.
Błoto spowodowało, że moje hamulce tarczowe przestały działać, więc wracałem do domu powoli rzucając w każdą stronę kawałkami błotnistej brei.
Po powrocie zafundowałem memu Kateemu kąpiel szlaufem.




Po kąpieli wygląda już lepiej, choć błoto zdarło mi lakier (niesamowite) z ramy nad tylnim kołem, a i hamulce wymagają opieki serwisanckiej.
Następnym razem pojadę z Krzyśkiem za przewodnika!

Ciekawe jak to będzie w Piechowicach, bo tam tez podobno nieźle padało w ubiegłym roku. Ja już mam za sobą przeprawę błotną.

1 komentarz:

  1. Oby pogoda była jak najlepsza ale przydał by się deszcz bo nigdy nie jeżdziłem w górach, w deszczu a tu gęba musi być brudna bo inaczej wyjazd nie zalicze do udanych ;-))

    OdpowiedzUsuń