Oglądając od czasu do czasu, dość wyrywkowo transmisje ze znanych ścigów szosowych, zaszła we mnie nieoczekiwana zmiana psychiczna, w postaci pewnego rodzaju rosnącej tolerancji dla dwukołowych pojazdów zwanych mianem "szosówek", a także nieco innym pochodzącym od Wilera, co był pilotem i był=jest wtajemniczony.
Fakt faktem, pragnienie rosło i w końcu się spełniło. Posiadłem do testów i się przekonania taką oto kolarę kolegi z pracy, co mi ją na tydzień do testów użyczył, niby przypadkiem, sugerując coś o chęci sprzedaży na części, nie w komplecie. Nie komplet to mnie osobiście nie interesuje, bo co pocznę z samą ramą bez dynama?
Maszyna ta lekka jest jak plecak pierwszoklasisty. I kiedy jej dosiadłem poczułem potencjał prędkości jaką mogłem uzyskać na specjalnie obranej w tej sprawie trasie, bez jednej nierówności. Wpierw jednak musiałem posiąść wiedzę o sterowaniu tą maszynerią. Wydawało się to łatwe, jak bułka z masłem - przecież nie jestem pierwszoklasistą. Pierwszej pomocy udzielił mi Krzysiek W. i się obeznałem z przerzutką. Wiedza jaką już posiadałem umożliwiała mi redukcję biegów. Później, gdy trafiłem na limit redukcji, zaś potrzeba uzyskania prędkości większej była już koniecznością, ratowałem się telefonem do prawowitego właściciela - co notabene niewiele pomogło, bom się ponownie dowiedział o redukcji.
Na szczęście macanki pomogły i już wiedziałem co i jak. Poleciałem jak strzała i szybko poznałem różnicę w hamulcach, w zasadzie źle nie było. Wiatr pod kaskiem, szum gum i strach. Maszyna pruła asfalt, ja zaś obijałem się od bandy do bandy - chwila obserwacji poświęconej przerzutce powodowała, że byłem po drugiej stronie jezdni.
Jazda była chybotliwa i ciężko było przyzwyczaić się do owej maksi sportowej geometrii, co mi brzuszysko uciskała i stopę zdrętwiła, więc się zatrzymałem, by pstryknąć trochę fotek w tęsknocie za moim KTM-emem. Sam byłem więc wyszło, że to opuszczony rower.
Na szczęście macanki pomogły i już wiedziałem co i jak. Poleciałem jak strzała i szybko poznałem różnicę w hamulcach, w zasadzie źle nie było. Wiatr pod kaskiem, szum gum i strach. Maszyna pruła asfalt, ja zaś obijałem się od bandy do bandy - chwila obserwacji poświęconej przerzutce powodowała, że byłem po drugiej stronie jezdni.
Jazda była chybotliwa i ciężko było przyzwyczaić się do owej maksi sportowej geometrii, co mi brzuszysko uciskała i stopę zdrętwiła, więc się zatrzymałem, by pstryknąć trochę fotek w tęsknocie za moim KTM-emem. Sam byłem więc wyszło, że to opuszczony rower.
Trochę nabrałem wprawy i chęci by zmierzyć się z tematem w dni kolejne.
Po tym mocnym postanowieniu odjechałem w stronę drugą od zachodzącego słońca.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz