Historia jak zwykle. Wyprzedzona wymyślaniem i wizytami na portalu aukcyjnym. Masa wątpliwości, do czasu aż kolega pomógł. Dzięki Adrian W.
Oglądając od czasu do czasu, dość wyrywkowo transmisje ze znanych ścigów szosowych, zaszła we mnie nieoczekiwana zmiana psychiczna, w postaci pewnego rodzaju rosnącej tolerancji dla dwukołowych pojazdów zwanych mianem "szosówek", a także nieco innym pochodzącym od Wilera, co był pilotem i był=jest wtajemniczony.
Fakt faktem, pragnienie rosło i w końcu się spełniło. Posiadłem do testów i się przekonania taką oto kolarę kolegi z pracy, co mi ją na tydzień do testów użyczył, niby przypadkiem, sugerując coś o chęci sprzedaży na części, nie w komplecie. Nie komplet to mnie osobiście nie interesuje, bo co pocznę z samą ramą bez dynama?

Maszyna ta lekka jest jak plecak pierwszoklasisty. I kiedy jej dosiadłem poczułem potencjał prędkości jaką mogłem uzyskać na specjalnie obranej w tej sprawie trasie, bez jednej nierówności. Wpierw jednak musiałem posiąść wiedzę o sterowaniu tą maszynerią. Wydawało się to łatwe, jak bułka z masłem - przecież nie jestem pierwszoklasistą. Pierwszej pomocy udzielił mi Krzysiek W. i się obeznałem z przerzutką. Wiedza jaką już posiadałem umożliwiała mi redukcję biegów. Później, gdy trafiłem na limit redukcji, zaś potrzeba uzyskania prędkości większej była już koniecznością, ratowałem się telefonem do prawowitego właściciela - co notabene niewiele pomogło, bom się ponownie dowiedział o redukcji.
Na szczęście macanki pomogły i już wiedziałem co i jak. Poleciałem jak strzała i szybko poznałem różnicę w hamulcach, w zasadzie źle nie było. Wiatr pod kaskiem, szum gum i strach. Maszyna pruła asfalt, ja zaś obijałem się od bandy do bandy - chwila obserwacji poświęconej przerzutce powodowała, że byłem po drugiej stronie jezdni.
Jazda była chybotliwa i ciężko było przyzwyczaić się do owej maksi sportowej geometrii, co mi brzuszysko uciskała i stopę zdrętwiła, więc się zatrzymałem, by pstryknąć trochę fotek w tęsknocie za moim KTM-emem. Sam byłem więc wyszło, że to opuszczony rower.


Na dowód, że jednak jechałem załączam widok mojej rękawiczki znanej tu i ówdzie.
Trochę nabrałem wprawy i chęci by zmierzyć się z tematem w dni kolejne.
Po tym mocnym postanowieniu odjechałem w stronę drugą od zachodzącego słońca.